Znajdź szkolenie, podcast, artykuł:
Podcast 34

Podcast: Servant leadership – lider, który służy innym – Jerzy Owsiak

Servant leadership – lider, który służy innym

Odcinek 34 „Servant leadership – lider, który służy innym.” podcastu Z Warsztatu Lidera to rozmowa z człowiekiem, który co roku udowadnia, że niemożliwe staje się osiągalne. Polak, który jak nikt inny motywuje do działania, uczy empatii i tolerancji. Popularyzowane przez Niego idee oraz podejmowane inicjatywy na co dzień ratują zdrowie i życie wielu osób. Jerzy Owsiak, założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pomysłodawca i organizator corocznego Finału WOŚP oraz Pol’and’Rock Festival. W podcaście zaprasza nas do swojego świata.

Opowiada o tym, jak dokładnie wygląda przywództwo w Fundacji. Na bazie własnych doświadczeń i pracy WOŚP mówi o tym, jak zbudować zespół. Co jest dobrą bazą do łączenia współpracowników. Rozmawiamy również o tym, jak wykreować odpowiednią atmosferę w organizacji. Jurek mówi o „innowacyjności” swojej Fundacji oraz o tym, dlaczego warto jest ryzykować. Także o tym, skąd czerpie siłę i pomysły, jak motywuje i aktywuje młode pokolenia. Pełna spontaniczności, energii i charyzmy rozmowa z gościem, która nigdy się nie poddaje i zawsze wraca na właściwy kurs.

Jerzy dzieli się w rozmowie swoimi przekonaniami. Twierdzi, że w życiu kieruje się zasadą ,,2+2=4, a nie 22’’. Ostrzega, że prawda zawsze wyjdzie na jaw, więc człowiek powinien szczycić się prawdomównością, a nie kłamstwem. Człowiek powinien znać swoje możliwości i zdaniem Jerzego musimy być odważni, mieć marzenia i być konsekwentnym w tym co robimy.

Jerzy przypomina Nam, że idea WOŚP nie jest przymuszona, a ludzie którzy chcą się zaangażować do pomocy i realizacji tego przedsięwzięcia robią to z własnej woli.

W odcinku rozmawiamy o ciężkich chwilach, które Jerzy przeżywał po tragedii, która wydarzyła się w Gdańsku. Jako prezes czuł się odpowiedzialny za wydarzenia do których doszło podczas finału.

Więcej na ten temat znajdziesz w podcaście poniżej.

Ten podcast odpowiada na następujące pytania:

Strony, osoby i tematy wymienione w odcinku:

Jak słuchać Podcastów? Sprawdź tutaj

Podobne artykuły:

Sprawdź szkolenia:

ZWL 34 Servant leadership – lider, który służy innym Gość: Jerzy Owsiak

Cześć, dzień dobry, nazywam się Józef Kącki i witam Cię bardzo serdecznie w podcaście Leaders Island „Z warsztatu lidera”. W tym programie razem z zaproszonymi mentorami dzielę się wiedzą i praktycznymi wskazówkami, jak być lepszym liderem dla swoich współpracowników. Jeśli jesteś liderem lub menedżerem, który chce się rozwijać, korzystać z doświadczeń innych praktyków i w ten sposób szlifować swoje umiejętności, zapraszam do warsztatu – ten program jest zdecydowanie dla Ciebie.

Józef Kącki:
Dzień dobry, dobry wieczór, cześć. Witam Was bardzo serdecznie w 34. odcinku podcastu Leaders Island „Z warsztatu lidera”. Jeśli zapowiem dzisiejszego gościa, mówiąc, że to człowiek orkiestra, nie będzie w tym grama przesady ani przenośni. To dziennikarz radiowy i telewizyjny, showman, działacz charytatywny i społeczny, a także prezes Fundacji Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, pomysłodawca i organizator corocznego Finału WOŚP oraz Przystanku Woodstock. Jest też prezesem przedsiębiorstwa Złoty Melon, witrażystą i człowiekiem wielokrotnie nominowanym do Pokojowej Nagrody Nobla. Zatem, drodzy słuchacze, dzisiaj moim i Waszym gościem jest człowiek – Wielka Orkiestra, Jurek Owsiak. Dzień dobry.

Jurek Owsiak:
No cześć, siema. Witam serdecznie.

Józef Kącki:
Rozmawiamy już po kolejnym Przystanku Woodstock. Co dobrego słychać teraz w Orkiestrze i u Ciebie, Jerzy?

Jurek Owsiak:
Oj, w tym momencie mamy mnóstwo roboty, naprawdę mnóstwo roboty. 16 października będziemy ogłaszali cel kolejnej zbiórki. Będzie to już 28. Finał, więc zrobimy to przy okazji bicia rekordów w resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Namawiamy ludzi w całej Polsce, aby przez 30 minut, od godziny 12:00 do 12:30, prowadzili na fantomach taką resuscytację. Mówiąc krótko: chodzi o uciskanie klatki piersiowej, czyli masaż serca, tym samym popularyzując naukę pierwszej pomocy.

W zeszłym roku wzięło w tym udział ponad 120 tysięcy osób, a liczymy, że w tym roku będzie ich jeszcze więcej. Angażuje się w to mnóstwo instytucji – to nie tylko szkoły, ale także na przykład zakłady karne. Jeżeli tylko jest dostępny fantom i jeżeli możemy namówić ludzi, żeby się pochylili i zrobili to wspólnie, to jest to bardzo fajna sprawa.

Tego dnia będziemy ogłaszali Finał. My ten cel już znamy, mamy wszystko wokół niego przygotowane, jak chociażby design. Ten design wymyślamy sami, nie zatrudniamy do tego żadnych agencji. Raz, że to jest piekielnie drogie, a dwa, że – jak wymieniłeś tutaj w spisie moich poczynań – jestem także witrażystą, grafikiem, malarzem i rysownikiem. Z dwiema Kasiami i jednym Łukaszem mamy swój pokoik piętro wyżej, gdzie to wszystko powstaje. Cały pomysł na to, jak komunikować Finał ludziom, powstaje więc u nas.

W związku z tym to wszystko jest już pozapinane i porobione. Jesteśmy na etapie projektowania kart kredytowych, czyli tego, co później będzie udziałem naszego Finału. To się wszystko teraz zawiązuje. Odbywamy mnóstwo spotkań, które dotyczą organizacji chociażby finału warszawskiego. Nie będziemy już pod Pałacem Kultury, przenosimy się w inne miejsce w Warszawie. Jeszcze nie mówię, gdzie, ale organizacyjnie jest to wielkie przedsięwzięcie. Tak że powtórzę: nie wynajmujemy żadnej agencji, my robimy to sami.

Dosłownie niedługo, za równy miesiąc, ruszają kolejne zakupy i kolejne konkursy ofert; kupimy mnóstwo urządzeń, w tym między innymi 330 ultrasonografów – to jest po prostu nasza codzienność. To bardzo dużo rzeczy, które się dzieją i do których musimy się dobrze przygotować.

Wczoraj, w międzyczasie, ustalaliśmy z Agnieszką Chylińską szczegóły płyty DVD i CD z ostatniego Pol’and’Rock Festivalu, którą wydajemy. Agnieszka jest zachwycona materiałem. Projekt okładki i ustalenia, w jakiej formie to wydamy, jeszcze zmieściły się w naszych tegorocznych planach. Sami to montujemy i przygotowujemy, nie wynajmujemy do tego zewnętrznej firmy. Wydaliśmy już z naszego festiwalu ponad 60 płyt i to wszystko składa się na naszą codzienną pracę.

Robimy tyle, aby nie łapać siedmiu srok za ogon. Robimy to, co zaplanujemy, i cieszymy się, kiedy możemy postawić kropkę nad „i”. Wczoraj postawiliśmy taką wspaniałą kropkę, bo okazało się, że z 1% podatku rok temu otrzymaliśmy prawie 8 milionów złotych, a nagle w tym roku jest to 14 milionów. Zanotowaliśmy niesamowity wzrost, a przecież nie prowadziliśmy żadnych działań marketingowych. Ludzie po prostu mają do nas zaufanie.

Cieszymy się bardzo, że aż tyle pieniędzy wpłynęło na nasze subkonto procentowe. Te pieniądze dobrze wydajemy i bardzo dokładnie informujemy o tym, na co zostały przeznaczone. Wczoraj na oddziały psychiatryczne dla dzieci i młodzieży wjechały pierwsze łóżka kupione z zeszłorocznego 1%. Kupiliśmy ich 4000. To ogromna zmiana w dziedzinie medycyny, która jest w tragicznym stanie. Pytasz, to Ci mówię – tak właśnie wygląda nasz dzień pracy.

Józef Kącki:
W kontekście tego ogromu rzeczy, które u Was się dzieją, mam takie holistyczne pytanie: dlaczego w życiu robisz to, co robisz?

Jurek Owsiak:
To istotnie holistyczne pytanie, ponieważ każdy coś robi. Jakbyś zapytał przeciętnego człowieka, każdy podałby Ci jakiś plan dnia, plan swojego życia czy jakąś ideę – większą lub drobniejszą. To po prostu wynika z tego, co w Tobie siedzi.

Ja mam jeszcze to szczęście, że robię to, co mi się podoba, co lubię i co sprawia mi wielką przyjemność. Dla mnie nie jest trudne zorganizować festiwal z przyjaciółmi czy Finał. To jest dla mnie wręcz logiczne. O wiele trudniej byłoby mi na przykład usiąść do komputera, bo się na tym po prostu mało znam.

Potrafię rozgraniczyć, gdzie moje życie się spełnia, a gdzie nie, i nie pcham się w rejony, które sprawiają mi trudność. Jestem w miejscu, które mnie buduje, a jeżeli coś Cię buduje – i to pozytywnie – no to nie ma nic piękniejszego. Wtedy jesteś w swojej przestrzeni, w swoim kosmosie, wiesz, że to funkcjonuje dobrze i buja się na drodze, która nie sprawia bólu. Otwierasz oczy rano i nie myślisz ze strachem: „O kurczę, jak tu dzisiaj zmierzyć się z nowym dniem?”.

Politycy czują ten ból, bo wiedzą, że codziennie idą na wojnę. Jeżeli wśród ludzi, którzy chcą coś wspólnie budować, brakuje stabilności, zawsze pojawia się walka. A jeżeli chodzi o taką walkę polityczną, to ona po prostu ograbia Cię ze wszystkiego. W środku zostawia Cię pustego, a jak jesteś pusty, zaczynasz się zbroić. Zaczynasz umacniać to puste pudło w środku, by było wytrzymałe i odporne na wszelkie uderzenia. Dzieją się wtedy złe rzeczy, takie jest moje zdanie na ten temat.

Odpowiadając najkrócej: robię to, co lubię i co sprawia mi przyjemność. Na szczęście są to właśnie te rzeczy, o których opowiedziałem Ci na początku, czyli mnóstwo, moim zdaniem, fajnych historii.

Józef Kącki:
Historia każdego z nas przebiega przez kilka albo kilkanaście kluczowych punktów, które możemy dostrzec dopiero wtedy, gdy spojrzymy za siebie. Patrząc na projekt WOŚP jako wielkie wydarzenie i ideę, jakie kluczowe punkty widzisz za sobą, przez które musiałeś przejść, aby dojść do miejsca, gdzie dzisiaj, po 27 Finałach, fundacja zebrała miliard 126 milionów złotych? Przypuszczam, że to nie było tak, że pewnego dnia po maturze usiadłeś na kamieniu i stwierdziłeś: „Ja, Jurek Owsiak, będę organizował WOŚP”. Czy ta historia na przykład zaczęła się wtedy, kiedy pracowałeś w swojej pracowni witraży i przyszedł do Ciebie znany muzyk, Jan Pospieszalski, ze zleceniem przeprowadzki?

Jurek Owsiak:
Nie, nie, to byśmy sobie wszystko zbyt mocno skrócili. To nie tak się stało. Myślę, że najprostsza zasada, która tworzy takie życiowe dzieła, opiera się u mnie na trywialnym wręcz stwierdzeniu: 2 + 2 to jest 4, a nie 22.

Za czasów PRL-owskich śmieliśmy się z takich kelnerskich zwyczajów – nie chcę obrażać nikogo wykonującego dziś ten zawód – że do rachunków po prostu dopisywano zera. Kiedy przychodzą do mnie ludzie i mówią, że chcą założyć fundację lub coś wspólnie stworzyć, to oczywiście udzielamy im mnóstwa formalnych rad: jak to zrobić w sądzie, jak się zaprezentować, na czym się skupić. Ale na samym końcu zawsze im powtarzam: „Pamiętajcie, że 2 + 2 to jest 4, a nie 22”.

Jeżeli będziesz trzymał się tej zasady, staje się ona kosmiczna, bo możesz ją dopasować do absolutnie każdej rzeczy. Nie kombinuj, bo po prostu przekombinujesz. Jeżeli chcesz zrobić coś złego, to wyjdzie to na jaw – jak mówi przysłowie, oliwa sprawiedliwa zawsze na wierzch wypływa. Treścią naszego dzisiejszego życia medialnego jest to, że nagle dowiadujemy się o kimś, że zrobił jakąś wielką ściemę. A potem zastanawiamy się: „To on nie wiedział, że ktoś pójdzie i sprawdzi, czyj to dom albo skąd ma te pieniądze? Na miłość boską!”.

To jest wręcz trywialne. Każdy powinien mieć zapaloną taką czerwoną lampkę, która mu mówi: „Ty, nie rób tego”. Przecież, jak pisał Gogol, jeżeli wyjdziesz na promenadę w kradzionym płaszczu, to ktoś Cię rozpozna i powie: „Ty, on ma mój płaszcz”. Trzeba być idiotą, żeby robić takie rzeczy.

Z drugiej strony, kiedy prowadzę wykłady motywacyjne dla różnych firm i korporacji, siłą rzeczy muszę im tak opisać swoje życie, żeby to zrozumieli. Zawsze im mówię, że po szczęście warto się schylić. Warto podejmować się różnych wyzwań, ale z pominięciem tych, które od razu skazane są na niepowodzenie. Jeżeli nie znasz angielskiego, to nie mów nic po angielsku albo nie próbuj łamaną angielszczyzną opowiadać o urzędzie, na który właśnie startujesz. Jeżeli źle rysujesz, to po prostu nie rysuj. To są ewidentne rzeczy.

Ale jeżeli ktoś rzuca Ci wyzwanie i zastanawiasz się, czy dasz radę, to poukładaj to sobie w głowie i znajdź argumenty „za”. Idź odważnie przez życie, momentami nawet ryzykuj. Moje życie składało się właśnie z takich ryzykownych decyzji. Kiedy 29 lat temu zaproponowano mi program telewizyjny, który zatytułowałem „Róbta, co chceta, czyli rock’n’rollowa jazda bez trzymanki”, zapytano mnie, czy robiłem już kiedyś telewizję. Odpowiedziałem: „Oczywiście, że tak!”.

W życiu wcześniej nie robiłem telewizji, ale od razu zadzwoniłem do Waltera Chełstowskiego, który miał w tym doświadczenie, i powiedziałem: „Pomóż mi to zrobić”. Mam wadę wymowy, mówię niegramatycznie, trudniejsze słowa literuję z trudem (choć teraz może jest już z tym nieco lepiej), a mimo to od 30 lat pracuję w radiu. Pamiętam, że kiedy wyrabiałem kartę mikrofonową w Trójce, facet w reżyserce wziął się za głowę, kiedy mnie usłyszał. Ja jednak byłem przekonany, że audycja tak bardzo mu się podoba, i dalej ciągnąłem tę swoją gadułę. Wreszcie go przekonano, że to po prostu taki mój styl.

To nie była z mojej strony jakaś bezczelność, gdy uznałem: „W takim razie podtrzymam ten styl i będę dalej niegramatycznym Jurkiem”. Wiem przy tym, że mój sposób mówienia zmienił się ogromnie. Ludzie słuchający moich dzisiejszych audycji często wspominają: „Stary, ty już zupełnie inaczej mówisz, już swobodnie z tym płyniesz”.

Wniosek jest taki: musisz znać swoje możliwości, ryzykownie wychodzić przed szereg, mieć odwagę i marzenia. A najważniejszą rzeczą jest to, żeby kończyć swoje pomysły – musisz być konsekwentny w tym, co robisz. Kiedy organizowaliśmy pierwszy Finał, to była przygoda, zabawa i wielki happening. Miałem w telewizji program „Róbta, co chceta”, płacili nam tam bardzo dobrze i zrobiliśmy ten Finał na zasadzie „tu i teraz”. To miało być wszystko. Nawet przez pół minuty nie myślałem, że zamieni się to w fundację, którą trzeba będzie zająć się na poważnie. Pierwsze trzy Finały robiliśmy tylko po to, żeby rozliczyć zebrane pieniądze. Pierwszy Finał to było Centrum Zdrowia Dziecka, to tam znajdowały się konta bankowe. Przy drugim i trzecim pracowały chyba cztery osoby – po prostu przekazywaliśmy pieniądze, a Centrum Zdrowia Dziecka samo kupowało sprzęt.

Dopiero przy piątym Finale stwierdziliśmy, że to my będziemy dokonywać zakupów, bo ich zamówienia publiczne nam się nie podobały. Piąty, szósty, siódmy Finał to już były działania ze świadomością tego, co budujemy. A więc 28 lat temu to była absolutna zabawa, jednorazowa akcja. Natomiast 10 lat temu to było już bardzo świadome działanie, narodowe programy związane ze zdrowiem.

Jeżeli jesteś konsekwentny, nie tracisz pola i jesteś cały czas tu i teraz. My, planując zbliżający się 28. Finał, dokładnie wiemy, co mamy i co możemy zrobić. Nie dzielimy skóry na niedźwiedziu. Cofając się w pamięci, nie używam wielkich słów w stylu, że już jako dzieciak spoglądałem w przyszłość i wiedziałem, że ojczyzna będzie miała ze mnie pożytek. Bardzo długo tkwiłem w kategorii ustabilizowanego bytu, jako przeciętny Kowalski, z myślą, że nic więcej się u mnie nie wydarzy. Należy łapać życie „tu i teraz”, cieszyć się nim i budować z tego pozytywne rzeczy.

Z czasem to koło zaczyna toczyć się według standardów, których nie możesz złamać. Nawet gdyby przyszedł Ci do głowy jakiś głupi pomysł, to, mówiąc trywialnie, no nie wypada. Nie wypada mistrzowi świata w Formule 1 pajacować w życiu prywatnym za kierownicą. Nie słyszymy o nich, żeby przejeżdżali na czerwonym świetle – tak zachowują się wariaci, ludzie, którym czegoś brakuje i chcą się jedynie popisać. Pewien polski kierowca rajdowy powiedział kiedyś mądrze, że znajomi wręcz nie lubią z nim jeździć po mieście, bo zachowuje się tak, jakby miał przyklejony „zielony listek”. Jest po prostu megaostrożny, bo wie, jaka ciąży na nim przeogromna odpowiedzialność. Na torze jest mistrzem kierownicy, a w życiu codziennym stosuje się do wszystkich możliwych zasad. Mogę powiedzieć to samo o sobie – te standardy ukształtowały również mnie.

Józef Kącki:
Dobrze, popatrzmy teraz na liczby WOŚP, bo są one, według mnie, absolutnie imponujące. Pierwszy Finał, 3 stycznia 1993 roku – ponad milion. Następnie mamy 27. Finał, 13 stycznia, i kwota wynosi 175, a właściwie, zaokrąglając, 176 milionów złotych. Co jest kluczem do sukcesu WOŚP?

Jurek Owsiak:
Prostota i wspomniana zasada: 2 + 2 to jest 4. Mówimy do ludzi normalnym, ludzkim językiem i opieramy się na sprawdzalnych liczbach. Nie dalej jak kilka dni temu informowałem na Facebooku o zakupach sfinansowanych z ostatniej puszki prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza. W puszce było prawie 16 milionów złotych. Choć sprzęt jeszcze w całości do nas nie dotarł – realizacja zamówień rezonansów czy tomografów zajmuje kilka miesięcy – to na początku października pieniądze zostały w pełni rozliczone. Wydaliśmy nawet o 10 000 zł więcej, niż zebraliśmy w tej puszce.

Takim konkretem posługujemy się od 27 lat. Wszyscy ci, którzy próbują o nas źle mówić czy hejtować, uderzali w argument, że te pieniądze nie są solidnie wydawane. My przez te 27 lat nie mieliśmy nad sobą ochronnego klosza. Nikt nas nie chronił i nie mówił: „Słuchajcie, to jest nienaruszalna ekipa, nie kontrolujmy ich”. Przetrwaliśmy wszystkie rządy, od prawa do lewa, nie mieliśmy absolutnie żadnej taryfy ulgowej.

Naszą najlepszą kontrolą od zawsze są pacjenci. To oni do nas dzwonią albo wysyłają maile z tak zwanymi donosami społecznymi – bardzo zresztą potrzebnymi. Jeżeli piszą, że dany sprzęt jest, ich zdaniem, źle wykorzystywany, natychmiast to sprawdzamy. Na tysiąc takich zgłoszeń czasem jedno faktycznie się potwierdza i wtedy szybko reagujemy. Zwykle jednak zarzuty te się nie potwierdzają, a sprzęt na szczęście stoi i czeka, bo akurat nie musi być w użyciu. Ludzie chcieliby widzieć, że on cały czas jeździ, a lampki wciąż się na nim palą, ale przecież nie zawsze jest alarm, żeby pacjent musiał z niego od razu korzystać.

Sukcesem jest „dotykalność” naszych działań. Jako rodzic widzisz inkubator na intensywnej terapii noworodka, jako dziadek leżysz na łóżku z serduszkiem, jako mama używasz naszej leżanki. My nie łapiemy siedmiu srok za ogon. Jeżeli decydujemy, że w danym roku wspieramy neonatologię (czyli noworodki), to na prośby o sprzęt z oddziałów nefrologicznych musimy odpowiedzieć: „Nie, teraz się tym nie zajmujemy, być może rozpatrzymy to w przyszłym roku”. To buduje naszą solidność. Jeżeli za coś się zabieramy, doprowadzamy to od początku do samego końca.

Dwa lata temu głośno było o narastającym od lat problemie z brakiem miejsc do spania dla rodziców czuwających przy chorych dzieciach. Ci ludzie spali na podłodze, na parapetach czy pod łóżkami w karczemnych warunkach. Szpitale o to kompletnie nie dbały i często bezprawnie kazały jeszcze płacić za wynajem starych krzeseł. Ile leżanek musieliśmy kupić? 4200. Załatwiliśmy ten problem w stu procentach.

Pokazujemy tym samym Polakom, że organizacja pozarządowa, funkcjonująca na wzór amerykański, jest w tym kraju potrzebna. Taka organizacja potrafi robić świetne rzeczy pięć, sześć razy taniej i o wiele szybciej niż jakakolwiek agenda rządowa, natychmiast uszczelniając braki. Na tym polega sens działania organizacji pozarządowych; w biednych państwach po prostu się czeka na czyjąś pomoc.

Słyszymy czasem twierdzenia, że zamiast takiej „żebraniny” wszystko to powinno być opłacane z podatków. Proszę bardzo, ja też bym tak chciał! Wtedy zebrane pieniądze z chęcią przeznaczylibyśmy na budowę placów zabaw albo inne przyjemności. My jednak po prostu kupujemy sprzęt, którego nie ma. To jest namacalne – jak wspomniałeś o miliardzie 200 milionach, za te pieniądze nabyliśmy prawie 70 tysięcy urządzeń: od małych wenflonów, przez setki inkubatorów (często wymieniamy na nowe te, które sami kiedyś ufundowaliśmy), po tomografy i kilkadziesiąt pracujących w Polsce rezonansów magnetycznych.

To koło samo się napędza i powraca do ludzi w postaci zaufania. Na początku, 28 lat temu, baliśmy się, że po drugim czy czwartym Finale ludziom znudzi się zbieranie pieniędzy. Tymczasem to ciągle odradza się na nowo. Zbierają dzieci w przedszkolach, dla których jestem już wręcz kimś w rodzaju „wiecznie żywego Lenina” – tym panem od zbiórek. Ja wychowałem się na ideach harcerstwa i skautingu stworzonego przez Baden-Powella. Dzisiaj moje wnuczki w swoich szkołach już harcerstwa nie mają. Ta idea jednak w jakiś sposób przetrwała, ludzie po prostu chcą to robić.

My tylko otwieramy Finał, ale na długo przed nami grają już Australia, Nowa Zelandia, Japonia, Filipiny, Indonezja, a potem Europa, dwie Ameryki, Afryka, cała część azjatycka i Antarktyda! To przecież nie są konsulaty opłacane przez naszą fundację przez cały rok po to, by wybuchnąć finałem w odpowiednim momencie. To robią zwykli ludzie z własnej woli.

Ja nie lubię nadużywać słowa „pokoleniowość” – tak samo mówiło się o „pokoleniu Jana Pawła II” i, jak wiemy, tam to nie zagrało. U nas to funkcjonuje, bo wszystko dzieje się dobrowolnie, bez jakiegokolwiek przymusu i państwowych legitymacji. Główny sztab WOŚP to tak naprawdę ta fundacja, czyli miejsce, w którym teraz siedzimy. Pracuje tu 50 osób. Nasz zespół przygotowuje Finał, Woodstock i dokonuje zakupów medycznych. Po zakończeniu imprezy ważność identyfikatorów wygasa i 1700 sztabów kończy swoje działanie. Zostajemy tylko my. My zapraszamy ludzi do wspólnego grania, a urzędnicy państwowi często wręcz nam w tym przeszkadzają.

Nasz sukces napędza tylko i wyłącznie dobra wola obywateli – stąd skok z półtora miliona do ponad 176 milionów. Kiedyś wróżono nam, że bez wsparcia ze strony telewizji publicznej WOŚP przetrwa tylko dwa dni i będzie po nas. My udowodniliśmy, że nie zależy to od tego, czy dają nas media, tylko od samych ludzi.

Józef Kącki:
To bardzo do mnie trafia, bo jako ojciec czwórki dzieci sam musiałem spać na leżance, której kiedyś w szpitalu brakowało, a moje dziecko naświetlano w ufundowanym już, na szczęście, przez WOŚP inkubatorze. Więc jak słyszę argumenty, że z podatków wszystko powinno być sfinansowane, to odpowiadam krótko: „Następnym razem, jak pójdziesz ze swoim dzieckiem do krakowskiego szpitala pediatrycznego w Prokocimiu, powiedz na wstępie, że odmawiasz leczenia urządzeniem z serduszkiem Orkiestry”. To szybko kończy dyskusję.

W życiu każdego lidera przychodzą trudne momenty zniechęcenia czy zmęczenia materiału. Zresztą 14 stycznia mogliśmy wszyscy zobaczyć Twoje zrezygnowanie na ekranach telewizorów i przypuszczam, że przez lata podobnych chwil było dużo więcej. Będąc adwokatem diabła, zapytam: dlaczego w obliczu tak brutalnego hejtu nie rzucisz tego wszystkiego, nie zakończysz społecznej działalności i nie zajmiesz się po prostu komercyjnym biznesem? Krótko mówiąc – co Cię trzyma przy WOŚP w tak trudnych momentach?

Jurek Owsiak:
Trudne momenty są wyłącznie wtedy, kiedy stykasz się z głupotą, a jako naród mierzymy się niestety z jej przeogromną ilością. Mam wrażenie, że Polacy wciąż nie potrafią wyciągać mądrych wniosków z naszej własnej, niezwykle interesującej historii. Z jednej strony jesteśmy narodem potrafiącym dokonywać rzeczy nieprawdopodobnych – pomyśl o tym, że ujednolicenie systemów prawnych z trzech obcych państw zaborczych i odbudowa nowoczesnej ojczyzny w niespełna 20 lat to był wręcz gigantyczny wyczyn! Ten wysiłek czasów międzywojennych zbudował fantastyczne podwaliny, z których powinniśmy być dumni, a to one de facto stworzyły nas jako nowoczesnych Polaków.

Następnie przyszła epoka PRL-u, którą dzisiaj możemy wyśmiać dzięki filmom Barei; zresztą uśmiech jest lepszy niż wieczne rozdzieranie szat nad cierpieniem. Pamiętajmy o przeszłości, to bardzo ważne, ale idźmy do przodu! Budowanie tożsamości na wyrównywaniu krzywd czy licytowaniu się, kto wycierpiał więcej, nie prowadzi do niczego konstruktywnego. Historia udowadnia, że to tylko rodzi nastroje bojowe, które potrafią zburzyć to, co dobre.

Z drugiej strony my potrafimy się w godzinie próby fenomenalnie zmobilizować. Patrzę z podziwem na to, jak z gruzów i zacofania w ciągu zaledwie 30 lat tak pięknie odnowiliśmy gospodarczo ten kraj, co innym potęgom zajmowało całe wieki. Kocham Polskę i z zachwytem obserwuję nowe autostrady oraz to, jak Warszawa i inne miasta tak szybko się odbudowują. Te 28 lat istnienia Orkiestry pokrywa się idealnie z 28-letnią historią nowoczesnej Polski.

Kiedyś Finał WOŚP przypominał rzężącą w biegu Syrenkę – jakoś jechała do przodu i po prostu cieszyliśmy się, że w ogóle mamy auto. Byliśmy społeczeństwem noszącym szeleszczące, ortalionowe płaszcze, chodzącym po krzywych chodnikach, a pieniądze przed denominacją po zbiórkach woziliśmy dosłownie w workach. A dzisiaj? Ten zgrzytający pojazd zamienił się w cudowny, lśniący, „stuningowany” wóz nafaszerowany świetną technologią i nawigacją, który w dodatku jeździ na prąd.

Osiągnęliśmy światowy fenomen, bo cudzoziemcy aż łapią się za głowy, pytając: „Kto to w ogóle wymyślił, żeby takie zbiórki przeprowadzać zimą?”. Zrobiliśmy to dlatego, że latem w telewizji publicznej wszystkie wozy transmisyjne były zajęte. Dzisiaj zagraniczni liderzy pytają nas na konferencjach, jak udało nam się to zjawisko wolontariatu na taką skalę skonstruować. My w organizowaniu tych zbiórek posługujemy się aktualnie najnowszymi technologiami finansowymi dostępnymi na świecie – przeciągamy karty kredytowe, realizujemy internetowe przelewy, a jednak na ulicę wypuszczamy wolontariuszy ze zwykłym, tekturowym pudełkiem.

Czasem słychać o jednostkowych, a wręcz komicznych próbach kradzieży puszek, na przykład spod sklepu, ale policja bardzo szybko takich sprawców łapie. Tym, co mnie boli i oburza najbardziej, jest po prostu czysta złośliwość i urzędnicza głupota. Kiedy przygotowujemy najpiękniejszy festiwal w Europie, wychodzi urzędnik i mówi: „Pociągi dla młodzieży nie pojadą”. My wtedy w moment wszystko zorganizowaliśmy inaczej, a temu człowiekowi mogłem zresztą podziękować, bo jego blokada tylko ludzi dodatkowo zmobilizowała. Pewien poseł krzyczał, że mundurowi wspierający WOŚP będą ukarani – no to zebraliśmy jeszcze więcej pieniędzy. Telewizja Polska ogłasza, że zrywa z nami lata współpracy? Szkoda, bo robili coś, czego nie robił nikt inny na świecie, ale efekt był taki, że w rok podnieśliśmy zbiórkę z 72 do 105 milionów złotych!

Niestety, zdarzają się też wielkie tragedie, tak jak zamach na prezydenta Gdańska. Wtedy zawiesiłem swoje stanowisko jako prezes, żeby prokuratura mogła swobodnie ocenić nasze działania. Po tygodniu ponad 11 milionów rodaków wezwało mnie do powrotu, więc wróciliśmy.

Jeżeli chodzi o biznes i pieniądze, powtórzę to otwarcie: zarabiam jako prezes naszej działalności gospodarczej (firmy Złoty Melon) pomiędzy 10,5 a 11 tysięcy złotych na rękę. Fundacja WOŚP z zasady nie zajmuje się komercyjnymi finansami – na wypłaty i koszty pracujemy właśnie w Złotym Melonie. Taka wypłata mi w zupełności wystarcza, świetnie też mi płacą za liczne wykłady, dlatego ja nigdy w życiu nie boksowałem się z filozofią gromadzenia coraz większych majątków – to nie jest w moim stylu.

Trudne chwile przychodzą wyłącznie wtedy, kiedy widzę zamykane w kraju oddziały szpitalne, bo nie ma pielęgniarek ani lekarzy, by obsługiwali nowoczesny sprzęt, który im tam przekazujemy. Co do WOŚP: tutaj nie czuję żadnego bólu ani zniechęcenia. Wspiera mnie świetny zespół kilkudziesięciu osób i napędzamy się w tym wzajemnie.

Józef Kącki:
Skoro wspomniałeś o zespole, to chciałbym do tego płynnie przejść. Ludzie zwykle widzą na froncie WOŚP tylko Twoją osobę, więc zaglądnijmy do Waszej kuchni. Którym z obszarów kierujesz Ty, a co i w jaki sposób delegujesz na innych? Pamiętajmy, że nikt nie jest samotną wyspą.

Jurek Owsiak:
Słuchacze tego akurat nie widzą, ale znajdujemy się obecnie w naszym specjalnym pokoju do spotkań z fotelami – nazywam go „konklawe”. Co poniedziałek zasiadamy przy tym stole z niemal całą, 50-osobową załogą. Zjawiają się wszyscy szefowie poszczególnych komórek: kierownik działu medycznego (czyli moja żona), szef naszego PR-u i rzecznictwa (Krzysztof Dobies) oraz głównodowodzący Pokojowego Patrolu.

Omawiamy w gronie naszą bieżącą pracę i próbujemy ze świetnym skutkiem rozwiązywać codzienne problemy. Są tu tak zwane otwarte i mocno gadające głowy. Z jednej strony stanowimy bardzo zżyty, solidny zespół, ale z drugiej – absolutnie każdy pracownik odpowiada za swój wycinek pracy wyłącznie własnym imieniem i nazwiskiem.

Atmosfera na tych spotkaniach często jest bardzo wesoła; kto słuchałby tego z korytarza, uznałby, że urządzamy sobie dobrą zabawę i śmiejemy się, rzucając zwariowanymi, całkowicie nierzeczywistymi pomysłami. A to właśnie z tych abstrakcji wyłaniają się u nas ostatecznie najlepsze strategie. Ufamy sobie bardzo mocno.

Ja twardo pilnuję jednak swojej kluczowej zasady – w pełni deleguję władzę nad danym stanowiskiem w ręce danej osoby. O ile w tym obszarze nie dzieje się nic niedobrego, staram się w to w ogóle nie ingerować. Często w naszym biurze pracują ludzie zwerbowani prosto ze sztabów, z grona wolontariuszy. Mówię im: „Robiłeś tam u siebie w regionie wspaniałą robotę, zapraszamy do nas”. Z marszu rzucam te osoby na głęboką wodę, dając im ogromną decyzyjność.

Ja odpowiadam za całokształt działań fundacji i w strategicznych momentach ekipa oczywiście spogląda na moją ostateczną ocenę, ale jako zespół uwielbiamy wręcz podejmować u nas działania ze wskazań bardzo demokratycznych. W sprawach takich jak przyznawanie funduszów pracowniczych decyduje cały zarząd – czyli ja, moja żona i dwójka zaprzyjaźnionych lekarzy.

Józef Kącki:
O, wspomniałeś o żonie. Widziałem z nią słynną okładkę „Wysokich Obcasów” zatytułowaną „Ja się tylko buntuję”. Wynika z tego, że członkowie Twojego sztabu raczej nie kiwają z uśmiechem głowami za każdym razem.

Jurek Owsiak:
Tutaj nikt i nigdy nie kiwa głową bezmyślnie, wliczając w to moją żonę. Dyskusje potrafią mieć u nas wręcz zażarty wymiar. Lata wypracowały we mnie pokorę i umiejętność wycofywania się z nie najlepszych własnych pomysłów. Kiedy czujesz, że na jakimś polu stoisz na słabym, kruchym gruncie – zrezygnuj z niego. Forsowanie własnego zdania za wszelką cenę jest strasznie niebezpieczne.

Dzidzia – to jest moja żona Lidia – kieruje w zespole medycznym w całości kluczowymi, stałymi zakupami. Zarządza kilkoma genialnymi dziewczynami, które na okrągło utrzymują bieżący kontakt ze szpitalami. I choć Dzidzia wykonuje tu najistotniejszą pracę zakupową, jest to osoba niesamowicie ceniąca sobie dyskrecję. W jej opinii mikrofon i brylowanie na ekranach przed obiektywami telewizyjnymi to najgorsze zjawiska, przed którymi zawsze stara się uchylić.

I więcej osób u nas na wyższych szczeblach wykazuje zresztą podobny charakter; my dokładnie wiemy, do kogo przekierować dziennikarza po merytoryczny komentarz dla stacji telewizyjnych pod moją nieobecność, ponieważ ktoś inny tego absolutnie nie zaakceptuje i nie przyjmie. Mimo to w fundacji nikt nie odnosi przykrego wrażenia, że pracuje się tu głęboko w cieniu czyjejś sylwetki. Wszystko rozbija się u nas o zasady szczerego obdzielania szacunkiem i zaufaniem.

Kiedy dzielimy u nas firmowe i całkowicie zresztą symboliczne premie pracownicze – obojętnie, czy wyłupiłeś sobie oczy, ślęcząc z długopisem nad fakturami, czy na festiwalowym błocie brudziłeś ręce przy ciężkiej pracy fizycznej – otrzymasz na równi z każdym takie same benefity i słowa wspaniałego podziękowania.

Jesteśmy w gronie pięćdziesięciu osób ze swoimi własnymi rodzinami, zapraszamy się nawzajem i z radosnymi dziećmi organizujemy przepiękne coroczne wigilie czy spotkania integracyjne. Jesteśmy grupą bliskich sobie, wspaniale zorganizowanych współpracowników – a nawet pracująca tu u nas zaprzyjaźniona pani od sprzątania czuje się dokładnie identycznie ważnym trybikiem dla maszyny co nasz księgowy czy też prezes Orkiestry.

Przyjeżdżają do nas czasem duże organizacje charytatywne rodem z USA, wyczekując ogromnego, pięciopiętrowego, luksusowego, ambasadorskiego biurowca, bo do takich realiów rynkowych nawykli w Stanach. A u nas witamy ich całkowicie skromnymi, fantastycznie posklejanymi fundamentami oddanego sobie zespołu ludzi na 100%.

Józef Kącki:
Pamiętam, jak swego czasu w rozmowie słynny Czesław Lang mówił, że swoistym budulcem jego biznesu i sukcesu w Lang Team jest ukształtowanie całego formatu pracy na schemacie rodzinnego funkcjonowania. Będąc z kolei słuchaczem Twojego archiwalnego radiowego wywiadu w „Trójce” u Michała Olszańskiego, wychwyciłem, że zażyczyłeś sobie, aby stacja zadedykowała z eteru kultową melodię „With a Little Help from My Friends” z repertuaru Joe Cockera. Czy model doboru kadr opierasz właśnie na zaufanych sobie, długotrwałych przyjaźniach?

Jurek Owsiak:
W środowisku charytatywnego biznesu tej wielkości i osiągów co nasza fundacja nie masz gwarancji obsadzenia wokół zaufanej, opierającej się tylko i wyłącznie na przyjaciołach struktury. Wobec pewnych państwowych organów lub decyzyjnych urzędników musimy funkcjonować profesjonalnie czy formalnie, choć staramy się w każdym elemencie naszego funkcjonowania podtrzymywać ten szczery i – nie ukrywam – niesłychanie serdeczny oraz ocieplony format konwersacji.

Wybudowaliśmy naprawdę świetne kontakty. Z największymi telefonicznymi gigantami z rynku czy bankami obsługującymi dla nas operacje zaufania funkcjonujemy niemal latami w znakomitych, sprawdzonych kooperacjach i w żadnym stopniu nie zrywamy tego bez powodu – co uczy też świetnych więzi we współpracy.

A praca ze strukturą typowej korporacji nie jest ani prosta, ani łatwa. Wszyscy ich pracownicy i oddelegowani przedstawiciele są sformatowani przez ten sam, żmudny model unikania odpowiedzialności decyzyjnej. Tam każdy boi się wydać pojedyncze przyzwolenie na przysłowiowe zapalenie zielonego światła nad zmianą koloru w logo firmy sponsorującej. Machina ich działów analitycznych przetwarza jeden maleńki format aprobaty tygodniami.

Z pomocą naszych bardzo luźnych i serdecznych stosunków po prostu przekonaliśmy ich, by oddelegowali nam w struktury koordynacyjne jedną wskazaną osobę pod telefon i z nazwiska. W mig zyskaliśmy efekty – potrafimy zrealizować i zaakceptować formalne umowy do zmiany designu dla całej sieci kart sponsora nie w wymiarze tygodni, ale raptem w trzy godziny!

Podobnie zresztą przestrzegamy, jeżeli ktoś pragnie zakładać własne struktury i nową fundację: odradzamy mu budowanie nadmiernej otoczki. Tworzenie rady nadzorczej przepełnionej „klubami pięćdziesięciu głośnych nazwisk fundatorów” kompletnie zablokuje Wam decyzyjne zębatki mechanizmów operacyjnych. Jak już wspominałem wcześniej, dla całej logistycznej machiny z naszej strony wykreowaliśmy skromny zarząd, złożony ze mną w czteroosobowym kworum, reagujący wspólnie i bardzo rzetelnie przez telefony i komórki w czasie rzeczywistym.

W czasie uhonorowania mojej osoby wyróżnieniem od Uniwersytetu Jagiellońskiego poinformowano mnie w kulisach, że tutejszemu szpitalowi z krakowskiego Prokocimia absolutnie brakuje najzwyklejszego na świecie ambulansu. W trakcie swojej własnej, dziękczynnej retoryki wezwałem na podium resztę naszego decyzyjnego, fundacyjnego zarządu i przez całkowite, jednomyślne uniesienie naszych zszokowanych rąk oświadczyłem ku zachwytom publiki – a zebranych zaszokowałem ostatecznie ogłoszeniem błyskawicznej uchwały o sfinansowaniu karetki, zamykając w minutę formalności wielkości gór lodowych u krakowskiej kadry lekarskiej.

Przyjaźń z wielkimi rekinami bankowymi uczy nas łamać te korporacyjne reguły. Pół żartem tłumaczyli nam, że potrafią w naszym festiwalowym środowisku rozluźniać rygor krawatów. I to, co zaserwował muzycznie ze wspomnianym hitem Joe Cocker, staje się doskonałą pointą faktu, dlaczego uśmiechnięta paczka oddelegowanych dla nas ekspertów i przyjaciół tak skutecznie przepycha gigantyczne rozwiązania operacyjne, jakich korporacje jeszcze nie miały wcześniej szans tknąć czy przetestować na rynku. Przyjacielska sieć we wszystkich takich procedurach jest gwarancją olbrzymiego wsparcia.

Józef Kącki:
Pewnie moglibyśmy o tych sukcesach Orkiestry opowiadać kolejne dwie i następne godziny, jednak dla szacunku i ram czasowych skumuluję moją ciekawość zaledwie u zarysu ostatecznych pytań. Interesuje mnie wątek dotyczący najmłodszego społeczeństwa, w tym wolontariuszy, w dobie silnie uwypuklanych zarzutów społecznych o rzekomej i postępującej roszczeniowości tego młodszego, millenialnego szczebla, a dla fundacji zbiera pieniądze imponujące kworum 120 tysięcy osób, porozrzucanych nie tylko zresztą po naszym kontynencie. Czym porywacie za sobą dzisiejsze szeregi tych nie najmłodszych, ale młodych roczników?

Jurek Owsiak:
Sądzę, że na start po prostu uderzyliśmy i połączyliśmy ideę z rewolucją wielkiego i głośnego hałasu młodzieńczego, puszczając z ekranów telewizorów muzykę kapeli Macieja Maleńczuka czy grupy Defekt Muzgó. Wyłuskaliśmy od razu ten cały tak zwany proletariat. Muzyka sprzężona natychmiastowo we wczesnych fazach pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych połączyła te grupy z ideą.

Naszym głównym filarem i absolutną w tym dumą jest to, że nie tworzymy przed mediami korporacyjnej iluzji, ale zwracamy się do młodych pokoleń jasnym, klarownym formatem czystego dialogu i najprawdziwszej ludzkiej wymiany zdań, co zresztą dobitnie odwzajemniają, powielając i chwaląc w tych konwersacjach ten niezwykle radosny, w pełni nieubrany we frazesy dziennikarskie, luźny uśmiech na własnych ustach.

Z dumą uświadamiamy sobie przy tym postęp – młodzi ze starszego, archaicznego zaplecza taśm podrabianych magnetofonowych szpul przerzucili się dla dzisiejszego internetu z równie nieoczekiwanym zapałem wolontaryjnym. Nam nikt za naszą orkiestrową rozrywkę i ten wygenerowany pozytywny zgiełk nie wnosi żadnych wypłat i apanaży.

Z uśmiechem i wręcz ze wzruszeniem czytamy wpisy dawnych dzieciaków, kiedyś wychodzących na mroźne dni po złotówki – co ukształtowało w nich moralne dziedzictwo wsparcia; zaszczepili ten nawyk na następnym gruncie i chwalą się wspólnymi marszami po datki ze swymi wnukami czy u boku nastoletnich pociech, dzierżących identyfikatory dla fundacji WOŚP.

Rozumiem absolutnie też gorycz w kuluarach rządu czy politycznych obozowiskach – tam ci decydenci pragnęliby wywoływać z oczu publicznych tak szczere zaangażowanie. Mnie absolutnie nie drażni przybijanie uśmiechniętych „piątek” bez krzty piany złości na twarzy i wykonywanie setek selfie z tymi najjaśniejszymi z pokoleń wolontariatu.

Dziś ledwo ubezpieczamy ponad pięćdziesięciomilionowym zapasem drukarskich wzorów serduszek nasz zeszłoroczny wolontariat – do zestawienia wobec tych raptem 250 tysięcy sztuk pierwszych i nieśmiałych nadruków wykonanych xero dla nieco ponad stuosobowych grup reprezentacyjnych zaledwie stu jedenastu polskich metropolii w zjawiskowych, dziewiczych narodzinach WOŚP. Dzisiaj to kwota astronomicznych 120 tysięcy młodych dusz.

Józef Kącki:
No i dotarło do mnie na wizji potężne uświadomienie, iż obcujemy i kreujemy społeczeństwo wyrosłe z przepotężnego fundamentu w tak zwanej dzisiejszej erze orkiestrowej. Być może kojarzysz lidera u boku Arki Noego, legendarnego zresztą piosenkarza Roberta „Litzy” Friedricha, obiecującego nam przy koncertowych rytmach na ziemi nadejście jeszcze znacznie urokliwszej festiwalowej konwencji i po naszej „drugiej”, chrześcijańskiej stronie. Ujmijmy się zatem jako klamrę wyobrażeniem Twej filozoficznej drogi: idziesz ze swoimi wszystkimi zasługami na sam horyzont przeprawy, tuż przez wymarzony przedsionek chmur; niebiańskie wrota przekrzywiają twarze apostolskie na podgląd, zerkając u biurokratycznej metryczki PESEL na wspaniałe litery: „Jurek Owsiak”. O cóż chciałbyś prosić Świętego Piotra, usłyszawszy przybyłe tu pierwsze wezwanie?

Jurek Owsiak:
„Czy ma jakąś możliwość, żebym na chwilę zszedł do piekła i kopnął w dupę parę osób?”.

Józef Kącki:
Dokładnie takiego sformułowania mogłem z przyjemnością się z Twoich ust spodziewać. Dziękuję niesamowicie mocno Tobie, Jerzy, za poświęcony wspólnie wywiad w tak rewelacyjnym świetle własnych fundacyjnych zmagań, życząc nieprzerwanych rzek pomyślności i zdrowia dla Ciebie i chlubnych postępów wokół wielkiego WOŚP. Gorąco dziękuję!

Jurek Owsiak:
Podobnie bardzo Wam za tę relację wdzięczny bywam i tu dziękuję. Ale Ty o kwestię tam z góry do Świętego Piotra wrzuć mnie jeszcze w kolejne plany na odcinek, bom nie wszystkie z nim te prośby wymienił na wokandzie. Tymczasem uściski dla wszystkich Wam za te nasłuchiwania w eterze. Grajcie i bądźcie u nas zawsze – bo tak gramy aż do wspaniałego ostatecznego kresu: do samego końca świata i jeszcze o jeden dzień dłużej. 12 stycznia, rok w rok, miejmy ze sobą te dwójki. Pokornie, z chyleniem po ten sam pas – do zobaczenia po raz wtóry i po prostu zwyczajnie bądźmy tylko z sercem nawzajem i ze sobą, szczerze tu w Polsce, dla siebie dobrzy. Cześć, trzymajcie się i siema.

Józef Kącki:
Odcinek wybrzmiał za wsparciem po linii audycji formatu w ramach potężnych rad przy podcaście Leaders Island w tytule „Z warsztatu wielkiego lidera”. Współtowarzyszył nam gość specjalny dzisiejszego bloku – jedyny taki człowiek, Jurek Owsiak. My natomiast wyczekujemy usłyszenia w naszym zaplanowanym, owocnym i kolejnym odcinku.

Ostatnio dodane odcinki podcastu

Przewijanie do góry